St. Vincent i Grenadyny
Do Carriacou dopływamy koło południa następnego dnia. W miasteczku Hillsborough panuje leniwa atmosfera i wydaje się, że wszyscy się tu znają.
Pani oficer w urzędzie celnym i kapitanacie portu w jednym (wielkie słowa na pokoik na piętrze nadbrzeżnego domku) zwraca się do Piotrka per
„Kochany” i odsyła do Urzędu Imigracyjnego. Gdy „Kochany” wraca z wymaganym stempelkiem zastaje panią urzędnik na krześle otoczoną grupką przyjaciółek, które trajkocząc nieustannie zaplatają pani oficer dredy. Wsi spokojna wsi wesoła…
Oprócz Whispera kołyszącego się na kotwicy, w porcie jest tylko jeden statek. Zakopcony, drewniany kuter cumuje do pomostu a wokół uwija się iście piracka, kolorowa i wytatuowana załoga. Trwa przeładunek. Na nabrzeżu lądują wory z ryżem, palety załadowane konserwami i inne bogactwa. Gdy jedni taszczą ładunek, inni przeglądają zszarzałe od dieslowego dymu żagle i dokonują rutynowych napraw swojego statku. Wzruszające zobaczyć jednych z ostatnich ludzi, którzy wciąż wykorzystują wiatr by zapewnić sobie i tej małej osadzie byt, a nie dla czczej przyjemności.
Rzucamy kotwicę w kryształowych wodach u brzegów Sandy Island - malutkiej piaszczystej wysepki na środku zatoki. Zostajemy tam kilka dni, leniuchując na plaży i nurkując wokół rafy koralowej. Rafa potrzaskana przez jakiś kolejny, cholerny huragan wygląda jak gigantyczna góra kości usypana na dnie morza. Obrazu sielskiej utopii dopełnia fakt, iż jesteśmy jedyną łódką w zatoce, co jak wiecie nie często się zdarza.
Gdy już mama i Janek usmażyli się na czerwone skwarki płyniemy na Union Island. Z przewodnika wyczytujemy, że na południowym wybrzeżu wyspy znajdziemy monument klęski karaibskiego kapitalizmu – ruiny zarzuconej budowy wielkiej mariny. Skuszeni wizją postapokaliptycznej scenerii wśród tropikalnych plaż wpływamy pod wieczór w zatokę. Niestety pozostałości nie przedstawiają się wcale okazale. Kilka betonowych przęseł wystających z wody i tyle.
Kotwiczymy pod osłoną skalistej wysepki Fregaty („Frigate Isl.”) połączonej z lądem kamienistą groblą. Rankiem wybieramy się na wycieczkę. Przede wszystkim potrzebujemy wody. Skaczemy więc po kamieniach targając grzechoczący wózek (zakupiony jeszcze na 5th Ave NYC) załadowany baniakami. Niestety jest niedziela i najwyraźniej tubylcy preferują sjestę w domowym zaciszu więc po miasteczku Clifton snują się jedynie dzieciaki szukające wrażeń. Z przydrożnego kościółka dobiega nas natchniony głos czarnego kaznodziei:
-Respect is not given! Respect is earned!
Zdanie wyrwane z kontekstu a tak uderzające znienacka swoim głębokim znaczeniem wywołuje dreszczyk metafizyczny.
Odprawę celną i paszportową (tak, tak, to już kolejny kraj) uzyskujemy na lotnisku jakby wyjętym z filmów o Indiana Jones. Na spalonym słońcem pasie lądują z rzadka awionetki a w hali podzielonej ściankami z dykty oprócz nas jest tylko kilku opalonych pilotów w białych, tropikalnych uniformach. Wodę udaje się nam zatankować w knajpie, gdzie cumują plastikowe katamarany z wczasowiczami. Traf chciał, że właśnie zatrzymuje się tam grupka polaków (a raczej grupa, gdyż z pod pokładu wyłania się chyba z 9 osób). Nie zdradzamy się jednak przed kompanią piwoszy i milczkiem pałaszujemy pyszną zupę z callaloo.
W drodze powrotnej zaskakuje nas przypływ. Grobla, którą z rana przeszliśmy suchą nogą, teraz poprzecinana jest rwącymi potokami z wodą niemal sięgającą pasa. Mama zauważa apetycznie wyglądające jabłuszka na wybujałych nadbrzeżnych krzakach i jako stara harcerka, która z nie jednego drzewa zakazany owoc jadła, z ciekawością smakuje.
- Magda spróbuj, jakie smaczne – zachęca – tylko kwaśne i dziwnie szczypie.
Magdzie nie do końca się to podoba, a w zakamarkach mózgowia telepie się niewyraźne wspomnienie ostrzeżenia z przewodnika po Karaibach. No ale przecież pani doktor poleca, to pewnie wie lepiej.
Na łódce sprawdzamy jednak w książce i okazuje się, że krzaki Mancinelli (Hippomane mancinella) są rzeczywiście bardzo trujące. Bardzo to znaczy zabójczo trujące. Roślina znana w świecie anglosaskim jako „jabłuszka śmierci” wydziela bardzo silne toksyny, zatruć się można nawet wodą spływającą z liści, gdy schronimy się pod krzakiem podczas deszczu. Dym z płonących gałęzi może spowodować utratę wzroku a sok używany był przez karaibskich Indian do zatruwania strzał.
Do wieczora Małgosia pozostaje dziwnie milcząca i niewyraźnie rozwiewa nadzieje Magdy, że może wapno uratuje je przed zatruciem. Później zwierza się, że najbardziej obawiała się, czy będziemy w stanie zrobić im tracheotomię gdyby języki i gardła spuchły im grożąc uduszeniem. Wszystko dobrze się skończyło, ale wiara, że jak się jest toksykologiem to można jeść co się pod rękę nawinie została utemperowana.
W końcu dopływamy na Tobago Cays. To bezsprzecznie najbardziej oblegany przez jachtsmenów zakątek w tej części Karaibów. Park narodowy złożony z archipelagu małych, skalistych wysepek osłoniętych od wschodu gigantyczną, półkolistą rafą. Fale Atlantyku rozbijają się na koralach i głęboki ocean w jednej chwili zamienia się w 3-4 metrowej głębokości basen o krystalicznej wodzie i dnie wysłanym złotym piaskiem. Postój w parku jest oczywiście płatny. Po zawietrznej, zachodniej stronie wysepek tłoczą się nieprzeliczone ilości jachtów, lecz my, ufni w dobrą kotwicę i małe zanurzenie Whispera stajemy tuż przy rafie, pozostawiając wysepki i tłumy turystów za rufą.
Tobago Cays to rzeczywiście rajski zakątek. Kilometry raf, wśród których można stanąć na miękkim piaseczku po szyję w wodzie. Kilka metrów dalej strome zbocze niknie w głębinach ciągnących się aż do wybrzeży Afryki. Idealne miejsce do snorklowania, nurkowania, zażywania kompieli słonecznych na plaży i w ogóle leniuchowania w karaibskim stylu. Tylko te chordy turystów, płatny postój no i gwiżdżące w olinowaniu pasaty…
I tak, skacząc z wyspy na wyspę kierujemy się do celu naszej eskapady – wyspę St.Vincent.
Po drodze znowu musimy nabrać wodę. Na Grenadynach jest to dużo trudniejsze zadanie, gdyż małe wysepki nie posiadają rzek ani jezior i mieszkańcy zmuszeni są zbierać deszczówkę, odsalać morską wodę lub wozić cysterny na łodziach podobnych do trawlera, którego widzieliśmy na Carriacou. Na malutkiej wysepce Canouan bezskutecznie dobijamy się do spożywczaka. W końcu schodzi do nas właściciel mieszkający na piętrze. Zaprasza do mieszkania, gdzie możemy napełnić nasze baniaki w wannie.
Gospodarz okazuje się oficerem za statków handlowych, który na emeryturze wrócił na rodzinną wyspę i wiedzie spokojny żywot barmana i sklepikarza. Woda w wannie bulgocze a my słuchamy opowieści z oceanów. Gdy zdradzamy się z zamiarem odwiedzenia St.Vincent nasz gospodarz poważnieje. Dwa lata temu jacht stojący w Chateaubelair na zachodnim wybrzeżu wyspy został napadnięty przez bezwzględnych rabusiów a jego załoga zrąbana maczetami. Innym razem dwie turystki zabłąkały się w dżungli i zostały zgwałcone. St.Vincent zaludnione jest właściwie jedynie na południowym wybrzeżu. Dalej na północ rozciąga się dżungla porastająca wulkaniczne zbocza. Wygląda na to, że te niedostępne okolice stały się schronieniem zdegenerowanych narkomanów i wszelkiej maści bandytów. Zabieramy swoje bukłaki i przestrogę, żeby,dla bezpieczeństwa zamykać się wewnątrz jachtu i nie zapuszczać w bezludne rejony wyspy. Zapowiada się nieciekawie…
Po zmroku docieramy do Kingstown. Kotwiczymy na przeciwko mrocznego miasta, nieco zaniepokojeni brakiem jakichkolwiek jachtów w zatoce. Rankiem okazuje się, że stanęliśmy przed „FishTown” – slumsem zamieszkałym przez rybaków i wszelką biedotę.
Pierwszy na szarą plażę trafia Janek. Szybko zwraca uwagę dzieciaków włóczących się bez celu po okolicy. Wkrótce zjawia się podejrzany typek oferujący kokę, zielsko, panienki, czego dusza zapragnie. Zapewnia, że jest tutaj znanym gościem i nie ma powodu nie wierzyć, że to członek jakiegoś miejscowego gangu. Przedstawia się jako „Big Mouth”, wskazując na gigantyczne wargi zdobiące jego facjatę.
Żeby dostać się do miasta trzeba przebyć dzielnicę domków z blachy, gdzie dzieci zdają się być odporne na wszelkie bodźce akustyczne i w kamiennym skupieniu oglądają telewizję przez okno czyjegoś domu o krok od gigantycznych głośników z których łomocze ogłuszająca muzyka. Na główną ulicę pierwsza wychyla Magda.
- Rasta Lady! – witają z uznaniem dredowatą dziewczynę miejscowi.
Drugi wyczłapuje Janek
- Where is your crown man? – z niedowierzaniem a nawet oburzeniem zapytują, a on musi się tłumaczyć, że dredy mu jeszcze nie urosły, ale bardzo się stara…
Zwiedzamy miasto, bazar, gdzie torebki foliowe zdają się być jakimś fetyszem a ich ilość świadczy o jakości obsługi i wreszcie ogród botaniczny. Piękny park został założony przez samego Bougainville’a i jest najstarszym parkiem w tej części świata. Na prawdę robi wrażenie.
Aparat fotograficzny w rękach Magdy przyciąga gromadkę dzieciaków, które z nadzieją pytają, czy jesteśmy z Ameryki i najwyraźniej rozczarowuje je negatywna odpowiedź. Podobnie w kafejce internetowej nie można się oprzeć wrażeniu, że wszyscy tutaj żyją w cieniu USA i bardziej przejmują się rasistowskimi incydentami na kontynencie niż swoim sielskim żywotem.
Wreszcie wracamy na Whispera. Na plaży wita nas gromada urwisów. Małe brzdące w pieluchach towarzyszą swoim starszym kumplom w eskapadach po betonowych ruinach nad brzegiem morza. Najwyraźniej rodzice zajęci są łowieniem ryb (w końcu to FishTown) i dzieciaki muszą się same sobą zająć. Rozkrzyczana banda otacza nas szczelnym kordonem i z ciekawością obserwuje walkę małej dingi z falami przyboju. Jesteśmy nie lada atrakcją a myśl, że przejażdżka łódką to super pomysł szybko opanowuje umysły gawiedzi. Dzieciaki nie zważając na nasze protesty ładują się do dingi i domagają wyruszenia w rejs. Łódeczka niebezpiecznie rzuca się na falach. Chwila nieuwagi i któreś z dzieci może zostać przytopione, uderzone czy przygniecione przez dingi. Sytuacja staje się napięta. Z jednej strony musimy pozostać mili i przyjacielscy, to w końcu my jesteśmy gośćmi na ich placu zabaw, z drugiej strony jakikolwiek wypadek będzie zarzewiem nieprzewidywalnej spirali zdarzeń pod tytułem „białasy topią nasze dzieci!”.
Sytuacja z pewnością jest czujnie obserwowana ze slumsów a my świeżo w pamięci mamy Big Moutha z jego gangsterskimi powiązaniami. Tylko spokój może nas uratować. Z pomocą przychodzi Magda i jej doświadczenie w kontroli młodocianych tłumów. Swoją nieustraszoną łagodnością zjednuje sobie łobuzerską watahę i wkrótce jesteśmy wolni.
Na noc kotwiczymy przy Young Island w towarzystwie wielu stojących tutaj jachtów. Zjadamy po ogromnym płacie smażonego tuńczyka kupionego na targu, popijamy butelką wina, po czym panowie rozsiadają się w kokpicie i do późnej nocy kurzą kubańskie cygara rozprawiając o problemach światowej gospodarki, przygodach w dzikich krainach i pracy w holenderskich fabrykach.
Rankiem miejscowi taksówkarze odbywają tourne po zacumowanych do bojek jachtach i zbierają opłaty za postój. Nam udaje się ich spławić, jako że stoimy na własnej kotwicy. Później dowiadujemy się, że boje rozstawione są w gruncie rzeczy nielegalnie a miejscowi zbierają pieniądze prawem tradycji.
Wyruszamy na kolejną wycieczkę zakończoną wizytą na lotnisku, gdzie otrzymujemy clear out i możemy płynąć z powrotem na Tobago. Noc jest cudowna. Księżyc w pełni, wiatr łagodny, żeglarstwo nie bywa przyjemniejsze. Fajnie, że na koniec trzy tygodniowego pobytu mamie trafił się taki miły kawałek żeglarstwa.
Do Zatoki Milforda dopływamy koło południa następnego dnia. Zadajemy szyku wchodząc na kotwicowisko pod żaglami i rzucając kotwicę bez uruchamiania silnika. Tak się już nie robi…
Odprowadzamy mamę na lotnisko i z żalem żegnamy się na kolejne pół roku. Rozstania to smutna strona życia morskich włóczykijów, cena, którą trzeba zapłacić za przygodę.
